Jezioro Sevan! Monastyr Sewanawank i miasto Sevan. Dzień 31

Wieczorem poprzedniego dnia podjechaliśmy do jeziora, wreszcie dotknąć wody. Tam natknęliśmy się na rodzinę na wakacjach. Oczywiście nas ugościli 🙂


Po odejściu od rodzinki, skierowaliśmy się w stronę półwyspu Sewanawank z monastyrem o tej samej nazwie. 



Samo jezioro rownież jest przepiękne. 


Po zejściu zaczęliśmy szukać noclegu. Wtedy natknęliśmy się na dużą grupę Czechów z plecakami, którzy już mieli wypatrzone miejsce, więc po prostu się do nich dołączyliśmy. 


Na całym półwyspie jest bardzo dużo turystów. Chyba jest to najbardziej oblegane wybrzeże jeziora Sevan. 

Rano zostaliśmy jeszcze ugoszczeni przez właścicieli ośrodka wypoczynkowego, którzy dziwili się że nie było nam zimno w nocy. Mogliśmy rownież spróbować lokalnych przysmaków m.in. dżemu z moreli i masy dżemowo-bakaliowej (niestety zapomnieliśmy nazwy). I jeszcze jedna ciekawostka. Ormianki, które zaprosiły nas na kawę rozbijały pestkę moreli i jedliśmy to co jest w jej środku. Smakuje jak rodzaj orzecha. Dodamy jeszcze, że w Armenii morele w okresie sezonowym są wielkości brzoskwiń.

Papka z bakaliami

Panie ze śniadania


Po krótkiej rewizycie na monastyrze pojechaliśmy do miasta. Musieliśmy kupić nowy kabel do telefonu, ale poszło gładko 🙂 zahaczyliśmy jeszcze o pocztę, żeby spełnić konkursowe zobowiązanie. Mamy nadzieję, że kartka dotrze 🙂


Ruszyliśmy dalej w drogę, która prowadziła nas wzdłuż brzegu jeziora. Często krajobraz wyglądał bardziej na morski. Woda w jeziorze Sevan jest bardzo czysta. Wpływa do niego 28 rzek, a wypływa tylko jedna.


Jako iż pogoda była bardzo słoneczna postanowiliśmy się wykąpać. Nie tak łatwo jednak było znaleźć odpowiednie miejsce. Wiele jest tutaj ładnie przygotowanych plaż, niestety żeby z nich skorzystać trzeba zapłacić. Jedna Pani krzyknęła nam cenę 5 000 dram (ok. 40zł).

W końcu jednak udało nam się znaleźć wejście z płytkim brzegiem. Czuliśmy jakbyśmy kąpali się w morzu, ponieważ fale są tu dość mocne. Ale było przyjemnie.

Kolejnym naszym celem było cmentarzysko chaczkarów. 

 Panował tam swoisty, dość osobliwy klimat. Natarczywe starsze panie z szydełkami usiłowały bawić się w przewodników.


Wokół biegały owce i kręcili się jeszcze jacyś inni dziwni ludzie. No ale widoki były interesujące. Znajduje się tu ponad 800 chaczkarów, pochodzących z różnych lat. Najstarsze z X w., oraz współczesne. 

Na nocleg dojechaliśmy kawalek dalej, jak tylko droga znowu zbliżyła się do jeziora. Zauważyliśmy dojazd do jeziora i kemping.  Tam zastaliśmy biesiadującą rodzinę, która oczywiście zaprosiła nas do siebie. („Właściwie to się już zbieraliśmy, ale zostało jeszcze trochę jedzienia i picia. Posiedźcie z nami!”). Najwiecej rozmawialiśmy z ojcem rodziny, Spartakiem. Twierdził, że mieszkał chwilę w zachodniej Europie, ale mu się nie spodobało i wrócił do Armeni. Opisywał – „Tam, żeby się z kimś spotkać, trzeba się zdzwaniać i umawiać. A jeśli się już przyjdzie bez zapowiedzi, to okazuje się, że gospodarz musi się tłumaczyć że nie ma nic do jedzenia. W Armeni każdy zawsze jest gotów na niespodziewane odwiedziny! Dawaj! Wypijmy za Polskę i Armenię!”.

No i w końcu tak się stało, że rodzinka pojechała, a nam zostawili domek na noc. Bez prądu, ale za to ze świeczkami. 


Dostaliśmy adres i numer telefonu. Jak bedziemy jechać do Erywania, koniecznie mamy ich odwiedzić w domu. Tak powiedzieli i tak też zrobimy 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s