Herbaciane pola. Dzień 48

Dzisiaj był spokojny dzień. A przynajmniej taka była jego pierwsza połowa. To trochę za sprawą naszego gospodarza, który uważał, że trzeba dużo odpoczywać. My rownież pobyt w Turcji chcieliśmy potraktować na luzie.

Tak więc rano trochę pomogliśmy prowadzić przydrożną „czajownię”. Nie było to zbyt skomplikowane. Podawana jest tam tylko jedna rzecz: turecki czaj. I to jak najbardziej wystarcza, żeby się utrzymać. Co niektóre przejeżdzające samochody się tu zatrzymują i pasażerowie robią sobie krótką przerwę na rozmowę. Jest to dość odległe polskim zwyczajom. 

Kolejnym punktem „programu” dla nas była wizyta na polu herbacianym. 


Otóż krzaczki sobie po prostu rosną i nie trzeba w nie zbytnio ingerować ani podlewać. Raz do roku nawozić azotanami. Liście ścina się 3 razy w roku i z kawałka stromego pola zbiera się 5 ton na sprzedaż. Jednak taka praca w pełnym słońcu musi być bardzo ciężka. 

Przyłapani na pracy przy herbacie


Gdzieniegdzie było widać owoce herbaty. Z nich moze wyrosnąć nowy krzaczek. 

Zebrana herbata jest spuszczana do drogi na specjalnej stalowej lince. 

Na koniec udzieliliśmy nietypowego wywiadu do kamery telefonu (podobno będzie jakiś dokument na temat tej farmy) i wróciliśmy odpoczywać dalej.

Zebralismy się późno po południu. Na odjezdnym otrzymaliśmy certyfikat. 

Zjechaliśmy do miasta Borczka. Niby malutkie miasto pomiędzy górami, a ma 11 tyś. mieszkańców. Ponieważ miejsca jest bardzo mało (dolina rzeki), wysokie bloki są ciasno poupychane, aby równe miejsce się nie zmarnowało. W parterach bloków jest zawsze miejsce na jakiś biznes. Sklep, warsztat samochodowy itp. Ta kondygnacja jest bardzo wysoka. 

Powróciliśmy do naszej zabawy i sprawdzaliśmy ceny i produkty w sklepie podobnym do biedronki, ale pod nazwą Sok. Znaleźliśmy tam tureckie bawelnianiane ciastka. Ich smak i konsystencja były bardzo interesujące. 


Gdy odpoczywaliśmy pod sklepem zaczepił nas młody Turek (potem się okazało, że z korzeniami gruzińskimi…). Zapytaliśmy go o drogę do Czarnego Jeziora, a on zaproponował nam podwózkę. W międzyczasie okazało się, że na codzień mieszka na Filipinach i jest islamskim misjonarzem. Rozmowa zatem w pewnym momencie zeszła na tematy naszej wiary. Mogliśmy się wymienić refleksjami na temat życia. Odnieśliśmy nawet wrażenie, że próbuje nas przekonać do swoich poglądów, ale się nie daliśmy 🙂 

Zaczęliśmy instalować nasze rzeczy w pick up’ie i okazało się, że pasażerów jest znacznie więcej niż było to ustalone. Zatem wylądowaliśmy na pace razem z rowerami, jakimiś rurami, deską do prasowania, składanym łóżkiem i naszym misjonarzem. Ale miało nam to zaoszczędzić 20 km podjazdu wiec nie narzekaliśmy.

Po drodze zatrzymalismy sie na modlitwie. Pozwolono nam ją obserwować. Była bardzo spokojna z pięknym śpiewem.

Wieczorem dojechaliśmy w pobliże jeziora już na własnych kołach i rozbiliśmy się na samym środku jakiejś drogi dojazdowej do małej elektrowni wodnej (Turcy śmiało ingerują w środowisko naturalne i korzystają z jego zasobów). 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s