Tureckie zwyczaje i kebaby. Dzień 49

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od speceru wokół Jeziora Czarnego. 
Na tablicy informacyjnej przeczytaliśmy, że jest to jeden z najbardziej deszczowych regionów Turcji. Trudno nam się z tym nie zgodzić, bo co chwilę tam siąpił deszcz. Ale spacer specjalnie przygotowaną ścieżką i tak był przyjemny. 




Turcy umieją wykorzystywać potencjał miejsc. Jest tutaj mała restauracja, kilka łódek do wypożyczenia, drewniane altanki ze stołami i miejsce na camping. Aha! Jest też toaleta. Toalety w tej części Azji, którą odwiedzamy bardzo nas szokują (chyba jednak bardziej mnie niż Pawła). W Gruzji w większości domów jest po prostu wychodek. Często nie ma ciepłej wody w kranie. A prysznic to prawdziwy luksus. Jeśli jest już łazienka (czasem jest to miejsce z wanną i pralką tylko), to żeby się do niej dostać trzeba wyjść z mieszkania do innego budynku. Często też żeby wejść na drugie piętro domu trzeba skorzystać z zewnętrznej klatki schodowej. Jeśli chodzi o restauracje, to tam najczęściej są muszle „niskopodłogowe”. W Armenii i Turcji różnie bywa. Raz jest to kibel, raz trzeba kucać. Ale standard jest lepszy. W Turcji często zamiast spłuczki jest kranik, z którego napełnia się plastikowy dzbanuszek. W Gruzji zdarzają się też wyjątki. Np. na nowoczesnym przejściu granicznym w Sarpa są dość nowe toalety, ale np. nie ma tam desek klozetowych, tak z założenia. A toaleta dla niepełnosprawnych była umieszczona w dziale męskim, tylo że nie było do niej drzwi (?!). Po prostu taki wydzielony fragment, trochę schowany w rogu. Mogłabym jeszcze długo rozprawiać na ten temat, ale może tyle wystarczy 🙂

Skoro jedna dygresja już była.. To może dodam kolejną. Krawężniki są tutaj wszędzie bardzo wysokie i nie ma żadnych spadków ułatwiajacych przejście przez ulicę.  My z rowerami jakoś jeszcze dajemy radę ale matki z wózkami? Nie mam pojęcia. A w Tibilisi to w ogóle głównie były przejścia podziemne.. Bez wind i czegokolwiek. Wygoda pieszego się za bardzo nie liczy.

Z Czarnego Jeziora jechaliśmy już najkrótszą drogą do granicy, żeby zdążyć na spokojnie na prom.


Po drodze, w miejscowości Hopa, zajechaliśmy jeszcze na kebaba. Tutaj podaje się go inaczej. Mięso, na świeżo upieczono na ogniu, razem z kawałkami lawasza, ryżu i warzyw umieszczone jest na talerzu. Oddzielnie podana jest surówka, dzbanek wody i całe pudełko z chlebem. To wszystko za cenę 16 zł jest naprawdę warte swojej ceny. Smakowało wyśmienicie. 


W Turcji, jak wiadomo, panuje teraz stan wyjątkowy. Można to bardzo łatwo dostrzec obserwując budynki w mieście.


Flagi są również umieszczane na samochodach w różnych miejscach. Szkoda że to nie pomaga w lepszym stylu jazdy, bo Turcy w naszej opinii wygrywają konkurs na najgorszych kierowców. Nawet znaleźliśmy odpowiednie zdjęcie 🙂


Ciekawe jest to, że o ile w Gruzji i Armenii widzieliśmy dużo Kamazow, fordow transitow i ład tak w Turcji królują dogde i pick up’y.

Przed granicą wciąż widzieliśmy ogromną kolejkę. To wszystko też z powodu stanu wyjątkowego. Nawet niektórym kierowcom małe wodospady służyły za prysznic 🙂 Na szczęście na rowerze dało się wszystkich ominąć. W Gruzji byliśmy już po zmroku. Rozbiliśmy się w Batumi przy plaży, ale daleko od jej kamienistego brzegu.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tureckie zwyczaje i kebaby. Dzień 49

  1. Masz rację, nas mężczyzn mniej dziwią niskopodłogowe kibelki 😛

    Przyznam wam rację, że w Armenii kebab(3 kulki mięsa mielonego zawiniętego w lawasz) był wyśmienity.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s