W stronę ostatniej granicy i wreszcie Polska!. Dzień 64 i 65

Poranek powitał nas niezwykłą mgłą na jeziorze. Trzeba było się przemóc, żeby wyjsć z namiotu w taki chłód 🙂

Paweł trochę nie miał wyjścia, bo czekała go kolejna naprawa przedniego, styranego koła. Ja w tym czasie przygotowywałam śniadanko. Prawdziwy damsko-męski podział obowiązków 🙂

W końcu przyszedł czas, żeby zwijać nasze obozowisko i pomachać do okolicznych wędkarzy.

Większość dnia jechaliśmy niedużą trasą Tarnopol – Brody. Godna polecenia. Nawierzchnia jest w niezłym stanie jak na Ukrainę i sporo się jedzie w cieniu drzew pomiędzy wioskami.


W ciągu ostatnich dwóch dni borykamy się z awarią opony. Ma dziury w dwóch miejscach (rant z żyłką odchodzi od reszty opony i dętka wystaje z opony jak balon…). Po wielu próbach łatania i napraw (ostatnio użyliśmy butelki po oranżadzie i trytytki…) co któryś raz łatki puszczają i trzeba kleić na nowo 😞 (może innym razem opiszemy to w szczegółach) Zabrało nam to już wiele czasu i nerwów.

Ale teraz nocujemy w miejscowości Łopatyń. Mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Zatrzymalismśmy się zapytać ludzi o miskę o wodę, żeby po raz kolejny załatać dętkę. A że akurat zrobiło się ciemno, to poczęstowali nas kolacją (a weszliśmy tylko na harbatę…). Posiedzieliśmy, popiliśmy i z nienacka zrobiło się ciemno. Ale podobno jutro od 9 otwarty będzie sklep rowerowy i jak kupimy nową oponę na zapas wtedy na pewno już wszytko będzie prostsze.

To była kolejna noc spędzona w łożku.

Dostaliśmy rownież śniadanie od naszych gospodarzy. Była pieczeń w kształcie torcika, naleśniki z mięsem obsmażane w jajku, bulion, chleb własnej roboty i wędliny (rownież domowe, zrobione ze świnki: kiełbasa, boczek i salceson). Naprawdę wszystko było przepyszne. Jeszcze na deser mogliśmy zjeść trochę ciasta.

Po śniadaniu znów podzieliliśmy siły i Paweł poszedł kupić chińska oponę, a ja smażyłam mięso mielone (żeby oszczędzić czas w środku dnia, na dodatek gazu w butli chyba już niedużo).

Nastawialiśmy się, że droga, którą wybraliśmy będzie kiepska pod względem nawierzchni. Okazało się natomiast, że jest najlepsza ze wszystkich ukraińskich z jakimi mieliśmy do czynienia. Jeszcze nie jest ostatecznie skończona, ale tureckie maszyny dopełniają dzieła 😊 Umożliwiło nam to szybkie przemieszczanie się w kierunku naszej POLSKI!

W połowie dnia znowu powrócił problem opony, ale tym razem mieliśmy zapasową! Także zakup okazał się potrzebny. Z tej okazji dopompowaliśmy inne koła i z pełnym powietrzem ruszyliśmy pełną parą.


Stara opona była już w takim stanie

W końcu nadszedł długo oczekiwany moment. Dotarliśmy do naszej polskiej ziemi. Naprawdę trochę nie mogliśmy w to uwierzyć.

Najbardziej zaskoczyły nas znaki drogowe. Po pierwsze zielone tabliczki z nazwami miejscowości, które od dwóch miesięcy były niebieskie. I żółte znaki. Kto by pomyślał 🙂 A co do znaków to jak widać na załączonym obrazku różnią się one nie tylko kolorem, ale konsekwencje w zależności od kraju są też rożne.

Przy okazji zamieszczamy jeszcze jeden z tej serii jako zagadkę. Pytanie brzmi: jaka to płeć?

Zaskoczyły też równe i przycinane  trawniki przed domami. Dawno już nie widzieliśmy czegoś takiego i nigdy byśmy nie przewidzieli, że taki widok będzie nas dziwił…
Mamy ograniczenie czasowe, więc szybko jedziemy na Mazowsze. Zdołaliśmy dotrzeć w okolice Hrubieszowa i wynikiem 120 kilometrów zakończyliśmy dzień.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s