Kościółek na skale: Katskhi. Dzień 9 cd.

Pamiętacie wpis ze śniadania? (przypomnienie). To ten sam dzień. Tamten nocleg zapadł nam w pamięć. Ilość ślimaków była tam wprost niesamowita!

img_0432

Tego dnia  ruszyliśmy nie tak całkiem rano, bo ok. 10. Mieliśmy jeszcze problem z rannym wstawaniem… Dzień był długi i można było jeździć do późna. Zazwyczaj rozbijaliśmy się ok. 21, kiedy zaczynało się robić już ciemno. Poranne obrządki zajmowały mniej więcej 2 godziny. Prawda, nie szanowaliśmy czasu jakoś szczególnie.

Wracamy do opowiastki. Przypominamy, że głównym celem tamtego dnia było miasto Cziatura. Zdążyliśmy już je opisać w osobnym poście (link: Powietrzne tramwaje Cziatury. Dzień 9). Po drodze mijaliśmy kościółek Katskhi. W przewodniku było wspomniane, że budowla znajduje się na szczycie czterdziestometrowej skały, ale nie wiedzieliśmy czego do końca się spodziewać.

SAM_4387.jpg

Ciężko sobie wyobrazić, jak wyglądało wznoszenie tego dość niewielkiego kościoła na tak wysokiej skale. Z tego co udało nam się wyczytać – wystająca charakterystyczna skała była nazywana „filarem życia” w czasach, gdy na naszej ziemi panował Mieszko I. Wybudowano tu kościół oraz komórki pustelnicze. Jak oni się dostawali na górę? Nie mam pojęcia.

Filar został „ponownie odkryty” dopiero w 1944 r., kiedy to odbyło się pierwsze dokumentowane wejście na górę, dokonane przez alpinistów. Wtedy na górze zostały już tylko ruiny. Po licznych badaniach zabytki zostały odbudowane. W 2009 roku przy wsparciu programu rządowego cerkiew została odnowiona. Warto dodać, że kościół ten nie jest reliktem przeszłości – aktualnie w monastyrze od około 20 lat mieszka mnich – 55 letni Ojciec Maxim! Z jego inicjatywy została wybudowana stalowa drabina, prowadząca na górę. Niestety, wejście jest zamknięte na kłódkę i można się tam dostać jedynie na zaproszenie mnicha.

_SAM5339.JPG

Stąd do Cziatury pozostaje jeszcze 10 km drogi. Miasto leży w dolinie rzeki Kwirila i ostatnie 4 kilometry to trzystumetrowy przyjemny zjazd. Opis miasta znajduje się we wspomnianym wcześniej wpisie. Dalej, aż do miasta Saczchere, jedzie się w górę owej rzeki. Istnieje też wyjazd w stronę Usakhelo i najpierw próbowaliśmy właśnie tak pojechać, żeby uniknąć bardziej ruchliwej drogi. Jednak jej stan był na tyle słaby (asfalt urwał się tuż za granicą administracyjną), że się wycofaliśmy i jechaliśmy właśnie wzdłuż rzeki. Jak się okazało, ruch nie był bardzo duży, a industrialny kopalniany krajobraz okolic (cały region kilkadziesiąt lat temu zaangażowany był w wydobycie manganu) stanowił atrakcję. Co prawda większość zakładów stoi obecnie zamknięta, jednak nieliczne zostały przejęte i nadal pozwalają utrzymać się ich właścicielom.

img_8520-2img_8523

img_8525

Przepraszamy za jakość zdjęć… Ale widać co mamy na myśli.

Saczchere nie wyróżnia się szczególnie. Jak przejeżdżaliśmy, to akurat jakaś rodzina biesiadowała przed domem. Wołali nas do siebie, ale wiedzieliśmy czym to się może skończyć i pojechaliśmy dalej. Łatwa jazda skończyła się tuż za miastem Saczchere. Droga opuszczała tam dolinę rzeki i powoli wspinała się na przełęcz – 500 metrów wyżej. Dalej góry cały czas przypominały nam o swojej obecności i nie było od nich ucieczki. Aby uniknąć głównej drogi, mieliśmy plan pojechać równoległą do niej. Patrząc na mapę miało to sens, jednak tuż za skrzyżowaniem miejscowi powiedzieli nam, że jedziemy w złą stronę. Jednak ich też zignorowaliśmy. Chwilę później wyprzedził nas policjant i zajechał  nam drogę swoim pick-upem. Tłumaczyliśmy mu, gdzie chcemy jechać i dlaczego, a on tłumaczył nam, że tak nie dojedziemy i musimy zawrócić. Tak zrobiliśmy, dla świętego spokoju.

Ujechaliśmy kawałek i zatrzymaliśmy się tuż za owym spornym skrzyżowaniem. Nadal mieliśmy wątpliwości i trochę byliśmy źli, że daliśmy się zmanipulować. Przecież nie zależy nam, żeby jechać najkrótszą drogą. Przyuważył nas tamten policjant i specjalnie do nas podjechał (czy oni nie mają nic lepszego do roboty?!). Tym razem, skutecznie przekonał nas, że to jest najlepsza droga. Wedle jego słów, tam za kilka kilometrów kończy się asfalt. Trochę mieliśmy już dość szutrów i kamieni. Odetchnęliśmy z ulgą. W przyszłości kazał nam się pytać o drogę lokalnych, a policjantów to już w szczególności. Przy tej okazji opowiadał nam o swoich znajomych ze służby w sąsiednich rejonach, oraz że do Gori możemy pojechać tylko autostradą… Rowerem autostradą? Zapewniał nas, że nie ma innej drogi i rower nic tam nie szkodzi. No dobra. Zobaczymy.

img_0444

Zaczęliśmy się wznosić, a świat wokół nas był piękny.

img_8529-2

Ciekawe, co tu jest napisane…

sam_4400

Zaczęło się robić ciemno i trzeba było się gdzieś rozbić. Stwierdziliśmy, że trochę nie chce nam się spać pod namiotem w dziczy i będziemy liczyć, że nas ktoś zaprosi do siebie. Ale minęliśmy ostatnią wioskę i nic się nie stało. Do następnej już nie zdążylibyśmy dojechać. Była po drugiej stronie góry. Ale szczęście znowu się do nas uśmiechnęło.

Akurat trafiliśmy na przydrożny zajazd, ukryty w lesie. Było trochę niezręcznie, ale zapytaliśmy, czy możemy się tu rozbić. Okazało się, że jest nawet pusty i nieużywany domek, gdzie na podłodze możemy się przespać. Gospodarz miejsca miał  jednak gości (którzy jakby wynajęli sobie kilka stołów i miejsce przy rzece u niego na biesiadę) i musieliśmy poczekać, aż sobie pójdą. To była bardzo dziwna sytuacja. Zależało mu, żebyśmy nie bawili się razem z nimi. Wywnioskowaliśmy, że chodzi mu o to, żebyśmy byli JEGO gośćmi na wyłączność. Jednak zostaliśmy przez nich zauważeni i szybko zostałem wciągnięty w biesiadę. Było dużo wina i dużo jedzenia. Bawiło się tam ponad 10 chłopaków w naszym wieku. Zależało im, żeby szybko mnie upić. Tak się złożyło, że Asia zaraz zawołała mnie i pod pretekstem, że muszę sprawdzić co się u niej dzieje, opuściłem ich towarzystwo. Dalej było spokojnie. Siedzieliśmy w kuchni razem z właścicielem oraz jego gosposią. Oboje w sezonie opuszczają rodzinne domy, żeby tu zamieszkać i pracować.  Niebawem przygotowali kolację, z winem do smaku. Okazało się, że sam to miejsce wybudował w środku lasu i teraz się z tego utrzymuje. Teren był dosyć obszerny i przygotowany do typowej gruzińskiej „biesiady” – dużo stołów pod daszkami, bardzo blisko rzeki. Przygotowanie na pewno wymagało dużo czasu oraz wysiłku.

Rozmowy trwały dosyć długo. Wróciliśmy do naszego domku i poszliśmy spać na twardych dechach 🙂 Ważne, że było nam ciepło!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s