Od najstarszej draceny po najwyższy wulkan

TRASA: Buenavista – Garachico – Icod de los Vinos – Cruz del Camino – Fuente la Vega – część pętli Chinyero – Merendero de Chio – TF38 – stopem do sendero 9 – Pico Viejo – Pico del Teide – schronisko Altavista 

Dzień I

Buenavista

Miasteczko Buenavista to wreszcie był twór, który przypominał miejsce od dłuższego czasu naturalnie zasiedlone przez ludzi. Zupełnie odmienne od tych, które znajdują się na południu i straszą hotelowymi ogrodzeniami, niebieskimi basenami… a przynajmniej nas straszą i nam wydają się sztuczne 🙂 Wiadomo, że nie wszystkim.

SAM_7747

Kościół w Buenavista

Bardziej odnaleźliśmy się na północy właśnie, mimo tego, że bardziej pochmurno, że mgła, że deszcz. Jednak jest tam bardziej ludzko i przyjemniej. Podczas naszego śniadania w parku widzieliśmy chmary kolaży rozpoczynających swoje niedzielne treningi. Nawet Maja Włoszczowska tam trenowała! W tym roku była na innej wyspie kanaryjskiej – Gran Canarii, ale Teneryfę też zjeździła. Bo gdzie europejczycy mogą znaleźć lepsze warunki jeśli nie tam? W każdym razie w tej miejscowości uzupełniliśmy nasze zapasy o najpyszniejsze lokalne banany oraz pomarańcze i ruszyliśmy dalej na połowy aut naszymi kciukami. Bywało różnie, jednak częściej z szybkim skutkiem. Szkoda, że kolaże nie mają bagażników. Zdecydowanie tego dnia było ich więcej niż kierowców.

Garachico

Dotarliśmy do Garachico – miasteczka, w którym są naturalne baseny. Wyglądają mniej więcej tak:

SAM_7756.jpg

Naturalne baseny, ukształtowane z lawy w Garachico

A skąd te baseny? Otóż dawno temu był to główny port wyspy. Miasto dynamicznie rozwijało się przeszło 200 lat. Jednak sielanka skończyła się w 1706 roku, kiedy to wybuchł wulkan o świcie, siedem warstw lawy spłynęło po zboczu Garachico, równając z ziemią i grzebiąc znaczną część miasta, a przede wszystkim port, który został praktycznie całkowicie zniszczony. Pomimo tego, nie było ofiar śmiertelnych. Po tej katastrofie naturalnej, statki handlowe zaczęły korzystać z portu w Puerto de la Cruz, a Garachico pozostało zaledwie małym portem dla rybaków.

SAM_7751.jpg

Plaza de la Libertad w Garachico

Baseny powstały w miejscu, gdzie lawa studziła się w oceanie. Są one umiejscowione przy zamku. Miejscowość ta posiada również dwa duże place, piękny kościół. Warto tu zajrzeć chociaż na chwilę. Stąd też rusza szlak nr 43, którym można dojść do wulkanu oraz do wulkanicznych terenów Chinyero.

Icod de los Vinos

My jednak lubimy utrudniać sobie życie, dlatego postanowiliśmy tego dnia odwiedzić jeszcze Icod de los Vinos. Dlaczego? Bo chcieliśmy zobaczyć znajdujące się tam bardzo ciekawe drzewo, podobno najstarsze i największe del drago (czyli smocze drzewo). Daliśmy sobie 15 minut na złapanie stopa… i złapaliśmy. Kierowca zostawił nas tuż przed placem Plaza de Lorenzo Caceres, z którego można je zobaczyć nie wchodząc do ogrodu botanicznego, w którym się ono znajduje. Widok jest naprawdę imponujący (więcej informacji na temat drzewa możecie doczytać tutaj).

SAM_7766.jpg

Po zachwytach nad drzewem wstąpiliśmy jeszcze na degustację wina, serów i sosów paprykowych. Było bardzo przyjemnie.

IMG_0893.jpg

Degustacja win za jedyne 3,50 EUR

Gdy wyszliśmy na zewnątrz trochę padało, ale nie było wyjścia. Trzeba nam było ruszać w drogę, bo wulkan był daleko. A pozwolenie na wejście na sam szczyt bezwzględnie zawiera nie tylko datę, ale i godzinę.

Marsz na wulkan

Część drogi szliśmy wraz z oznaczeniami żółtego szlaku w stronę La Montaneta. Niestety nie były one zbyt intuicyjne. Jakimś dziwnym zwyczajem jest również opisywanie szlaków na tablicach informacyjnych, ale jedynie drogą w dół. Może na Teneryfie ludzie tylko schodzą z wulkanu? Na szczęście mieliśmy maps.me – ta aplikacja już nie raz uratowała nas z opresji. W pewnym momencie dotarliśmy do miejsca, gdzie nasz szlak dołączył do tego ciągnącego się z Garachico. I dopiero wtedy ścieżka stał się luksusowa. Można powiedzieć, że dróżka jest narysowana kamieniami. To one wyznaczają jej granice. Czasem zrobione są w ziemi schodki.. Bajka. Szkoda, że jeszcze nie wszystkie szlaki mają tak wysoki standard.

Po drodze można zatrzymać się w darmowej acampadzie Arenas Negras (być może w sezonie warto zarezerwować tam miejsce, ale w lutym nie było tam żywej duszy!). Co prawda my postanowiliśmy iść dalej, po ciemku, bo następnego dnia zostałby nam zbyt duży dystans do pokonania. Było ciężko, ale gdy wyszliśmy z poziomu chmur i zobaczyliśmy miliony gwiazd na niebie, to droga naprawdę stała się lżejsza. Będąc na pętli Circula Chinyero (5,7 km) żałowaliśmy, że nie widzimy tego wulkanicznego pejzażu w jasności, tylko przy świetle czołówek. Jednak nasza wyobraźnia podpowiadała nam równie kosmiczne obrazy. A gdy znaleźliśmy się już w najwyższym punkcie pętli i nieba nie przysłaniały nam już drzewa… była to najpiękniejsza noc jaką dotąd widzieliśmy, pośród tych skał spowitych cieniem, ogromna przestrzeń nad nami wyściełana dywanem z gwiazd… a obok nas nikogo więcej, tylko wiatr.
Mimo, że nie widzieliśmy tych terenów przy świetle dziennym szczerze polecamy wędrówkę tą trasą. Tylko zabierzcie buty odporne na kamienie.

Dzień zakończyliśmy w acampadzie de Chío (link do strony rezerwacji). Jeden z naszych nielicznych legalnych noclegów na Teneryfie. Czy było warto? Zobaczcie i oceńcie sami 😉

IMG_0900

Wspaniale przygotowane miejsca campingowe

Chcieliśmy się jeszcze podzielić jednym wnioskiem. Na nocleg do acampady szliśmy trasą TF 38, ok. godziny 23 czyli późno w nocy. Z dala od osad ludzkich. W tym czasie przez pół godziny przejechało obok nas mniej więcej 7 samochodów. Żaden się nie zatrzymał, nawet nie zwolnił. Pół roku temu w Gruzji, gdy jeździliśmy na rowerach o tej samej porze, w podobnych warunkach zatrzymał by się każdy z 7 samochodów z pytaniem czy wszystko ok, czy potrzebujemy pomocy, wody, czegokolwiek. Doświadczyliśmy tego nie raz. A niby to zachód jest taki wspaniały i postępowy. Ale czy na pewno nakierowuje nas na szacunek i troskę o drugiego człowieka?

Dzień II

Rano wyruszyliśmy z naszego noclegowiska w nadziei, że uda nam się złapać stopa, by oszczędzić sobie wędrówki asfaltem. Ruch o 8 nie był zbyt intensywny, ale się udało. Oszczędziło to nam godzinę drogi! Morale wzrosły 🙂 Dziarsko wyruszyliśmy na szlak nr 9. Teraz byliśmy już prawie pewni, że zdążymy dojść na Pico del Teide o czasie.

IMG_7718

Znaki, które wskazują trasę tylko w dół

Krajobraz zmieniał się co jakiś czas, ale dla mnie najfajniejsze było chodzenie ponad chmurami! I to nie tymi, które opadają jak mgła poranna… Tylko tymi, które zwyczajowo są nad nami.

IMG_7735

Sendero 9, szlak ponad chmurami

Po drodze mijaliśmy mniejsze kratery. Czasem czuliśmy się jakbyśmy szli między składowiskiem węgla opałowego. Bardzo zadziwiały nas też krzaczki, które wyrastają na tym gruzowisku oraz jakość przygotowanego szlaku. Czyż to nie wygląda jakby ktoś zamiatał kamyki, by powstał piękny chodnik? 🙂

Pierwszym naszym celem było dojście do Pico Viejo (3135 m n.p.m.). Musimy przyznać, że trudno było nam się do niego zbliżyć. Wysokość dawała o sobie znać, co wpłynęło na spowolnienie tempa wchodzenia. Marsz co chwilę był przerywany chwilami na złapanie tchu. Gdy osiągnęliśmy już swój cel zrobiliśmy sobie krótką przerwę na doładowanie zapasów energetycznych. W końcu byliśmy tuż przed atakiem szczytowym 🙂

SAM_7781.jpg

Widok na Pico Viejo

Potem było już tylko gorzej. Czekała nas bowiem 1,5-godzinna wspinaczka po wielkich czarnych kamieniach. Ale wystarczyło tylko obrócić głowę, by się zdopingować.

Wrażenia ze szczytu

W końcu dotarliśmy do miejsca gdzie dojeżdża kolejka linowa, a jednocześnie znajduje się bramka przez którą można wejść na szczyt, po okazaniu pozwolenia strażnikom (tak, oni to naprawdę sprawdzają i nie ma co liczyć, że uda się wejść „bokiem”). To był już ostatni odcinek 500 m w górę do pokonania! Mimo ogromnego zapału tempo wciąż było bardzo wolne, nasączone wieloma przerwami na odsapnięcie. Ale udało nam się dobić do końca. A tam czekały na nas dymiące dziury, gorące kamienie i zapach siarki oraz zgniłych jaj (taka prawda :p).

SAM_7808

Na samym czubku wulkanu ciężko wytrzymać, bo strasznie wieje! Ale wytrzymaliśmy na tyle, żeby się uśmiechnąć!

SAM_7813

To, co sprawia wrażenie mgły, to wulkaniczne opary

Do schroniska Altavista

Przy zejściu czekała nas jeszcze mała niespodzianka w postaci zamkniętej furtki do szlaku, którym planowaliśmy  dotrzeć do cywilizacji. Napis głosił, że jest tam pełno śniegu i lodu, i że tylko ludzie z uprawnieniami wysokogórskimi mają prawo tamtędy schodzić. Porozmawialiśmy z Panem, który nam bardzo to odradzał i powtarzał w kółko, że to na nasza własną odpowiedzialność. Okazało się, że śniegu tam już naprawdę zostały resztki, a o lodzie wszyscy już zapomnieli. Trzeba ich zaprosić do Polski w zimie 🙂 Chociaż później (już w samolocie powrotnym) okazało się, że tydzień przed naszym wejściem Teide był cały ośnieżony, zatem może faktycznie kilka dni wcześniej było jeszcze nie za ciekawie na tym szlaku, ale aktualizacja danych by się im jednak przydała.

Doszliśmy do schroniska Altavista (3260 m n. p. m.)  Tam zjedliśmy ciepłą zupkę chińską, dlatego że w końcu mieliśmy dostęp do wrzątku. Z resztą nie ma tam działającej kuchni i nie można nic zamówić za bardzo. Kawa i herbata też jest dostępna tylko w automacie. Z minusów tego miejsca można wymienić jeszcze to, że pokoje są udostępniane dopiero od 19, a opuścić je należy do 7:30. W budynku nie ma pryszniców. Zatem jakie są plusy? Jeśli ktoś nie zdążył załatwić sobie pozwolenia na wejście na szczyt Teide, może to zrobić wyruszając ze schroniska właśnie. Tylko musi opuścić szczyt przed 9. Wiele osób planuje zobaczyć wschód słońca.

SAM_7818.jpg

Schronisko Altavista

SAM_7817.jpg

Prosimy zwrócić uwagę na szczyt wulkanu po lewej stronie 😉

SAM_7821.jpg

Chmury zabarwione kolorami zachodu słońca

Desperacka miejscówka pod kamieniem

Wyruszając ze schroniska wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy bardzo zmęczeni i że chcemy się szybko rozbić. Wiedzieliśmy, że znalezienie miejsca nie będzie proste, ale nie sądziliśmy, że nastręczy nam aż tak wiele problemów. Pierwsza nasza próba zakończyła się totalnym fiaskiem. Wiatr wyrywał nam namiot z rąk, zaczął padać śnieg, taki zacinający mocno w twarz. Nie było to zbyt przyjemne, a perspektywa znalezienia noclegu po ciemku wśród kamieni była niezbyt ciekawa. Udało nam się wśród tej mgły dopatrzeć wielki kamień. Jego zaletą było to, że chronił nas przed wiatrem. Niestety podłożem były kamienie. Próbowaliśmy je trochę pozgarniać, ale i tak nie było najwygodniej. Potem okazało się niestety, że wiatr zmieniał swój kierunek w nocy wiele razy… A my wiele razy zastanawialiśmy się czy stamtąd nie uciec. Była to dla nas bardzo ciężka noc, ale przetrwaliśmy! Na pożegnanie przy składaniu namiotu zauważyliśmy, że od środka na ściankach mamy śnieg a przez noc woda w butelkach nam zamarzła. Takie są skutki spania na wysokości prawie 3 tys. metrów 🙂 Nie polecamy.

SAM_7822

Czasem nie ma wyboru i trzeba spać tam, gdzie teoretycznie najlepiej, szczególnie gdy szuka się już po ciemku

Tym najtrudniejszym momentem naszej wycieczki zakończymy ten wpis. Szykujemy jeszcze jeden tekst, bądźcie czujni 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s