Jeszcze bardziej kolorowe góry i totalnie niekolorowe solnisko ;)

Od Luisa wyjeżdżaliśmy z ogromnym smutkiem. Tak dobrze nie czuliśmy się jeszcze w żadnym miejscu tutaj. Był to nasz prawdziwy zastępczy dom 🙂 I bardzo chcielibyśmy kiedyś tu wrócić.

Humahuaca

Kolejnym naszym celem była miejscowość Humahuaca. Jest tam szczególne miejsce, z którego można zobaczyć kolorową górę. My znajdowaliśmy się 30 km od tego miasta.

IMG_7401

Cała okolica oferuje kolorowe widoki 🙂

20190412_113750

Lamy pałaszujące zielsko

IMG_7406

ACA – Automóvil Club Argentino

IMG_7407

Typowa miejska uliczka północnej Argentyny

Stacjonowaliśmy u znajomego Luisa, który jest również couchsurferem. Specjalnie dla swoich gości wybudował wieżę. Do sypialni trzeba było wdrapać się po schodkach, a sklepienie było półkoliste jak niebo.

IMG_7399IMG_7451

IMG_7453

Sprytnie ukryta butla gazowa 😉

IMG_7454

Inny sposób na ugotowanie wody 😉

Do Humahuaca udaliśmy się „na lekko” z małymi plecakami.

IMG_7467

Sjesta 🙂

IMG_7463

W poszukiwaniu bizcochitos

Stwierdziliśmy też, że tym razem zamiast męczyć się na rowerach po szutrze i ponad tys. metrów do góry spróbujemy złapać stopa (nasze rumaki zostały pod czujnym okiem w centrum miasta). I w zasadzie to długo czekać nie musieliśmy. Państwo architekci z Buenos Aires zabrali nas w dwie strony i było bardzo przyjemnie.

A widok nas nie rozczarował!

IMG_7409

Te zygzaki namalowała natura

IMG_7433

I tak wciąż razem podziwiamy ten świat

IMG_7446

Oj! Zaczyna robić się niebezpiecznie wysoko!

Do tego dla towarzystwa zostaliśmy poczęstowani argentyńską mate 🙂

IMG_7442

IMG_7440

Ciekawe czy przeniesiemy ten nawyk do Polski.. bo jakoś tak do twarzy mi z mate :p

Powrót do naszej wieży miał być szybki i przyjemny, ale wiatr w Argentynie co chwilę nam pokazuje i przypomina jak bardzo może dokuczyć człowiekowi. Na szczęście tym razem to było tylko 30 km bez ciężkich bagaży.

Po drodze spotkaliśmy paczkę innych rowerzystów w drodze do Boliwii.

20190417_191428

20190413_132459

IMG_7461

Brytyjczycy, Argentyńczyk i my 🙂

Purmamarca

Następnego dnia ruszyliśmy już na poważnie w stronę Chile. Po drodze na przełęcz znajduje się miejscowość Purmamarca znana z góry 7 kolorów. Można ją podziwiać z kilku miejsc. My wybraliśmy najbliższe miejsce i wyglądało to tak:

IMG_7479

Spaliśmy w pobliżu, również w bardzo uroczym miejscu.

IMG_7478

Mieliśmy w planach pójść jeszcze na inny punkt widokowy (na 1,5h), ale ostatecznie stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. Dzięki temu dużo wcześniej opuściliśmy miasteczko i rozpoczęliśmy wspinaczkę na przełęcz o ponad 4 tys. m n.p.m. Nawet nie szło nam tak źle. Ale złapaliśmy gumę i musieliśmy ją naprawiać w pełnym słońcu. No dobra, tak naprawdę to Paweł łata dziury a ja asystuję przy drobnych czynnościach. Resztę czasu poświęcam albo na pisanie tutaj 😉 albo szykowanie jedzenia. Zależy od momentu.

Solniska Salinas Grandes

Przez cały dzień próbowaliśmy też łapać stopa, ale dopiero 500 m (wysokości) od celu ktoś się nad nami zlitował. Dzięki temu mogliśmy dotrzeć do Salinas Grandes (czyli wielkich solnisk). Ważne było to o tyle, że są tam ludzie. A jak są ludzie to jest woda, a jak jest woda to możemy spokojnie gotować i wiedzieć, że będziemy mieli gdzie napełnić bidony na kolejny dzień, bo kolejna wioska jest za 77 km i trochę pod górę. Dodajmy że przy wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. ciężej się oddycha przez co wysiłek jest trudniejszy. Ostatecznie pośród tej solnej pustyni załapaliśmy się na nocleg pod dachem w dość szczególnym miejscu. Była to stołówka dla pracowników, którzy zajmują się wydobywaniem tegoż surowca. Wyjątkowość tego budynku polegała na tym, że wszystko było wykonane z bloków solnych! A podłoga przypominała śnieg. Sól tak samo przyczepia się do podeszwy buta 😉 Byliśmy szczęśliwi, bo na zewnątrz był wiatr, a w nocy temperatura spada poniżej zera.

IMG_7502

20190415_074716

Solny stół śniadaniowy

IMG_7503

Solna stołówka na zewnątrz

IMG_7540

Rano, korzystając z tego że inni turyści jeszcze spali (albo mieli dużo więcej drogi, żeby tu dojechać), zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową, którą zaprezentowaliśmy na facebooku 😉

IMG_7499

IMG_7500

IMG_7539

IMG_7534

Phi! A niby takie ciężkie te rowery..

IMG_7523

IMG_7531

Droga do Susques

IMG_7482

IMG_7486

Ruszyliśmy znów pod górę, a jakże! Słońce już się zdążyło rozgościć, więc kurtki mogliśmy zdjąć. I tak sobie jechaliśmy. Znów postanowiliśmy łapać stopa. O dziwo tym razem zatrzymała się ciężarówka. Pan był bardzo miły, ale komputer w naszym Renault się popsuł i po jakimś czasie zaśmierdziało sprzęgłem nie dało się już jechać. Nasz kierowca Ivan został w wozie z panelami słonecznymi z Chin, które transportował. A my popędziliśmy do miasta z misją, aby zadzwonić do jego szefa, żeby wysłał do niego inny wóz… Tam gdzie ciężarówka postanowiła zrobić psikusa nie było zasięgu… I tak to jest z tymi nowymi samochodami (ten miał 8 lat). Komputer się popsuje i klapa! A jak jechaliśmy 32-letnim camperem to wystarczyło mieć zestaw narzędzi i większość rzeczy można było naprawić samemu 😉

W miejscowości Susques odpoczęliśmy trochę, skorzystaliśmy z darmowego Internetu, wstąpiliśmy do najstarszego kościoła w prowincji Jujuy i pojechaliśmy dalej. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że w tych malutkich miejscowościach w 90% na głównym placu jest darmowe wifi. Nie jest to prędkość rakiety co prawda, ale daje radę 😉

IMG_7550

Susques z daleka.

IMG_7552

Ulica jak na dzikim zachodzie

IMG_7557

Kościół zbudowany jest z adobe – glinianych cegieł suszonych na słońcu (nie wypalanych). Cegły zostały przykryte tynkiem.

IMG_7554

Przed zachodem słońca wypatrzyliśmy dom niedaleko od drogi. I w nim już zostaliśmy na noc 🙂 Pan Concepcion Cruz (nazwisko idealne na Wielki Tydzień) wraz z żoną Carmen zaprosili nas na mate cocido, tortille i kozi ser własnej roboty! Mate było gotowane w czajniku na ogniu. Kuchnia znajdowała się na zewnątrz. Gospodarz jest właścicielem lam i ponad dwustu kóz. Stąd właśnie ten pyszny ser 😉 Co ciekawe – ma kilka domów. I tak krąży między nimi w zależności od tego gdzie stado zwierząt akurat może stacjonować. Usłyszeliśmy też niesamowitą historię o tym jak puma chciała go zaatakować. Oberwała kamieniem, ale później przyszła drugi raz. Na szczęście Concepcion i ten pojedynek wygrał. A dzisiaj skóra z pumy dumnie ozdabia ścianę, a my mogliśmy przyjrzeć się z bliska szczęce tego ssaka.

20190416_092958

Tym razem z pewnością możemy te zwierzęta nazwać lamami!

20190416_093047

Pompony są formą znakowania swojego stada

IMG_7560

Czaszka pumy

Oprócz koziego sera Ci ludzie przygotowują futerko z lam. Pani Carmen tak sprawnie robi na drutach, że rękaw swetra dziergała rozmawiając sobie z nami w ogóle nie patrząc na efekty swojej pracy. To się nazywa podzielność uwagi!

IMG_7562

Prawdziwi gauchos! Przesympatyczni ludzie dzielący się w pełni tym co mieli. Tak po prostu.

Stamtąd mieliśmy już tylko 100 km do granicy z Chile. Udało nam się do niej dobić dość ciężko dysząc po drodze. Wszak nie co dzień mamy okazję jeździć poruszając się w okolicach 4 tys. m n.p.m.

IMG_7590

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s